PoemProject PoemProject PoemProject
SZUKAJ:     Tytuły  Autorzy    
Home
Dzisiaj dodane
Dodane w tygodniu
TOP
Pokaż tomiki
Autorzy
O PoemProject
Historia
Regulamin serwisu
Patronat medialny
Współpraca
Forum PP
Kontakt
Login:
Hasło:
Rejestruj się
Zapomniałem hasło
RoseSoleil
Zdjęcie autora - kliknij aby zobaczyć powiększenie
Pluję pod wiatr. Patrzę psom w oczy. Nie uznaję zasad. Jestem nieco ba...
...więcej...
Gości online:
20
Liczba wierszy w serwisie:
24102
PARTNERZY SERWISU:
Kongres Kultury Polskiej
Śródmiejski Ośrodek Kultularny w Krakowie
Fragile - pismo kulturalne
Beata Skulska-Papp
888
W Plejadach prozą i wierszem od rozdziału VIII Pliszczyn do rozdziału X Spotkanie

Pliszczyn

Zbudzeni popołudniowym ciepłym deszczem patrzyli na siebie, deszcz się wzmagał a plaża pustoszała, byli teraz w tej samej jej części z której weszli do wody. Jednak tak jak deszcz się niespodziewanie zaczął tak teraz krople spadały coraz rzadziej i coraz drobniejsze. – Patrz Andiro Małgosia wskazała ręką tęczę, inną jak na Plei ale bardzo podobną do tych które od czasu do czasu widziała na ziemi, otarła łzy wzruszenia, Andiro przytulił ją i pocałował. Patrzyli jakiś czas.

Kiedy ostatnio ciebie widziałam,
tęczo przepiękna,
...dawno, lecz przecież nie zapomniałam
i wciąż pamiętam.

Na Plei inna, tu taka sama,
jak gdyby siostry,
a obie barwne i obie cudne,
obie radosne.

I tak jak niegdyś, tak samo dzisiaj,
patrzę z zachwytem
i tylko wiatru szum lekki słyszę
i zaraz milknie.

Od strony lasu pojawiło się kilku młodych ludzi przepłoszonych deszczem oraz mężczyzna w średnim wieku i nobliwa staruszka. Małgosia i Andiro przenieśli wzrok z nieba na siebie, Andiro objął dwoma rękami Małgosię, ona wygięła się do tyłu i roześmiała, po czym przylgnęła do niego mocno sama nie wiedząc czemu się rumieni. Andiro pocałował ją w usta, oba policzki i w szyję z dwóch stron, odwzajemniła pocałunki jednym w usta a gdy cofnęła głowę zobaczyła pojedyncze osoby przypatrujące się im i jakąś parę. Uśmiechnęła się lekko na co jakaś dziewczyna i starsza pani odpowiedziały również uśmiechem. Małgosia delikatnie wysunęła się z objęć Andira jednakże nie wypuszczając jego lewej ręki, – chodźmy do Pliszczyna chcę zobaczyć swój rodzinny dom, nie byłam tam od dzieciństwa. –To chodźmy, spojrzeli jeszcze raz na plażę i poszli w kierunku lasu, grupka turystów biwakująca przy samochodzie z kocem i różnymi pysznościami rozłożonymi na jego masce mogłaby zaręczyć że para przechodząca koło nich rozmyła się jakby nie była rzeczywista a tylko mgielną iluzją ale ponieważ byli ludźmi wykształconymi, mocno stąpającymi po ziemi w krótkim czasie znaleźli aż kilka logicznych wytłumaczeń owego zdarzenia. Tymczasem Małgosia z Andirem szli już wiejską szosą w Pliszczynie, mijali sklep który sprzedawczyni akurat teraz zamykała. Domy koło których przechodzili były inne niż te które pamiętała ale jej był w głębi wsi dalej od szosy, skręcili w polną drogę a potem przeszli nią z jakieś 150 metrów i tu wszystko wyglądało jakby zatrzymało się w czasie, stodoły i trzy mijane domy były te same, jej był czwarty i wyłaniał się zza poprzedniego. Małgosia pchnęła starą furtkę zrobioną przez jej dziadka z gałęzi różnych drzew, ta rzewnie zaskrzypiała. Dom wyglądał tak jak go zapamiętała.

Rodzinny dom, grusze i śliwy,
ten widok cieszy mnie i roztkliwia
a jabłoń..., wbiegnę,i żwawo usiądę
i słońce w liściach znów będę oglądać.

Tam dawna stajnia, dzisiaj drewutnia,
na wietrze ileż wiatr wzorów utkał
a klucz?... to zawsze był w zagłębieniu,
czy drzwi otworzę bez serca drżenia?

Ach niemożliwe, znów łzę uronię,
wśród dawnych przestróg,
wśród dawnych wspomnień,
chodźmy Andiro, to dom tak pachnie,
dzisiejszej nocy chyba nie zasnę.

W zagłębieniu krokwi Małgosia szukała klucza, chociaż wydawało to się prawie niemożliwe to jednak tam był. Pchnęła drzwi które nie tyle były bardzo starannie zrobione, co z dobrymi myślami. Tak teraz wiedziała to na pewno poprzez dar mgławicy, nie chciała z niego korzystać by znać każdy szczegół. Drzwi cichutko zaskrzypiały i najpierw ukazała się niezbyt obszerna sień i w tej samej chwili Małgosia poczuła zapach domu, którego nie czuła tak dawno, jeszcze w sieni odwróciła się do Andira ocierając łzę: – Chodź. Kuchnia pachniała, pachniał też każdy pokój oddzielony od siebie drzwiami, jednak choć pachniały podobnie do siebie to jednak trochę inaczej. – Małgosia? Usłyszeli za sobą, odwrócili sie prawie w tej samej chwili, – Małgosia Bożodrzewska? – Pani Leokadia..., podeszła i wtuliła się w starszą kobietę, pokój w którym teraz byli był raczej niewielki ale to tu trzymała lalki, kilka gier, pluszowe zabawki, skakankę i ulubione sukienki.– Wiedziałam że kiedyś przyjedziesz ale że z kawalerem to jakoś nie pomyślałam .Pani Leokadia włączyła światło, – ciemno zaczyna się robić ale lato ładne, bardzo ładne.–Twoja babcia Eugenia, chciała abym kiedyś zajęła się domem a ja obiecałam... – Dziękuję, dziękuję pani Leokadio że pani to zrobiła, – no inaczej to być nie mogło, obietnica to obietnica, najtrudniej tylko było energetyków przekonać żeby prądu nie odcinali, ale Jędrek, ojciec Irka z którym się często bawiłaś już wtedy tam pracował i jakoś to załatwił. – A wy pewnie zdrożeni jesteście a ja tak gadam i gadam... – Nie, no może trochę ale właściwie to nie, prawda Andiro? – Nic a nic. –A wiecie że Grubscy świniaka niedawno bili i bardzo dobre mięso mam...? – Nie, dziękujemy nie jemy mięsa, – ale grzybki z kartoflami to chyba zjecie, albo kapuśniak, tylko kapuśniak bym musiała odgrzać a grzybki mam gotowe? –To może te grzybki... Pani Leokadia wyszła, Małgosia wiedziała że dom pachnie nadal jednak teraz prawie tego zapachu już nie czuła a właściwie z każdą chwilą czuła go coraz słabiej.Na środku pokoju stał niewielki stół, – tutaj zjemy? –Tylko wiesz co Małgosia, ja nigdy nie jadłem grzybków z kartoflami...roześmiali się. – O widzę że humor wam dopisuje, dobrze, wy młodzi... to mówiąc pani Leokadia rozłożyła półmiski i talerze, – dziękujemy – jedzcie, jedzcie – a pani? – A ja już jadłam, potem przyjdę, obrządek z kurami jeszcze muszę zrobić, lis po wsi chodzi, szpary chociaż może pozatykam zanim ciemno się zrobi. Małgosia wstała zapaliła jeszcze jedną żarówkę, mleczna żarówka 100 watt rozjaśniła pokój. Szybko napełniła talerz Andira i zaraz swój. Andiro na chwilę wyciągnął ręce przed siebie, – ładnie pachnie, – czujesz Andiro? –Tak. Trochę nieporadnie ujął widelec i zaczął jeść.



– Pani Leokadia, Andiro zawsze była bliska naszej rodzinie, to też babcia jednego z moich przyjaciół w dzieciństwie Piotrka Kozakowskiego, mieliśmy kiedyś akwarium w nim rybki, mieliśmy świnki morskie, Peruwianki, rozetki i gładkowłose, no i ja jeszcze miałam królika srokacza. – Piotrek nie chciał królików. Małgosia zgasiła górne światło i zapaliła lampkę, jej pomarańczowy klosz pokryty lekko kurzem w połączeniu z wiekową żarówką nadał pokojowi wyraz nieco senny a jednak niesłychanie miły. Andiro jadł powoli, – wiesz Andiro każdy prawie mówi ziemniaki, ja od małego mówię kartofle. Andiro spojrzał rozbawiony na Małgosię, – nie wiem czym się różni ziemniak od kartofla ale są bardzo smaczne, grzybki też, jak się nazywają? – Nie wiem na pewno ale to chyba opieńki i kozaki. Gdy talerze Małgosi i Andira były mniej więcej w połowie pełne zaczęli zamieniać się i kartoflami i grzybkami, Andiro przymierzał się do schwytania grzybka z talerza Małgosi ale to Małgosia pierwsza złapała dorodnego opieńka z talerza Andira. Na pocieszenie dała mu tego którego chciał nabrać na widelec. Andiro wprawdzie grzybka zjadł ale nie wydawał się być całkiem pocieszony, kiedy talerze wydawały się być puste Andiro obydwoma rękami złapał Małgosię, podniósł z krzesła i uniósł nad siebie, zaraz po tym powoli opuszczał aż do momentu aż ich usta się spotkały, jednak tylko muśnięciem, tak miłym dla obojgu że złączyli usta w pocałunku,nogi Małgosi dotknęły podłogi ale w tym momencie stanęła na palcach, Andiro zrozumiał że chce by znów ją podniósł, ujął ją, trzymając poniżej bioder, powoli podnosząc do góry, także przy okazji jej beżową suknię która odsłaniała jej nagie ciało aż do połowy pleców. Małgosia wyciągnęła ręce i mocno wygięła się do tyłu, suknia opadła. Obniżyła się trochę tak by jej talia była na wysokości torsu Andira, galanteon leżał obok.Nogami objęła go wpół lekko ale szybko poruszając biodrami, jednak już po kilku chwilach ruchy te stały się wolniejsze a głębsze. Teraz coraz szybsze, przyjemność zmieniała się w narastającą rozkosz której nie potrzeba alfabetu. Odgięła się do tyłu rękami dotykając podłogi a czując ziemię i patrząc w sufit a widząc niebo. Kochała się z Andirem już tyle razy, wiedziała że to ta chwila i trwać będzie tyle ile pragną, cudownymi niespodziankami.

Rozdział IX Pozytywka
Obudziło ich pianie koguta pani Leokadii,
zdawał się wieścić wszem i wobec że oto dzień już się zaczął a lisowi że próżno kury próbowałby podkraść gdy on – kogut jest strażnikiem idealnym. Małgosia uśmiechnęła się i poczuła wdzięczność do pani Leokadii że mając cały dom pod opieką nie dokonała w nim zmian, że nie wybudowała łazienki, nie przebudowała ścian.Spojrzała na Andira, pocałowała go i ubrała się, po prawej stronie domu była pięćdziesięciometrowa studnia z dobudowanym dużym kranem z sieni wzięła dwa wiadra, prawie po brzegi napełniła wodą i przyniosła do domu, w części trzeciego pokoju odkąd tylko pamiętała można się było umyć tam stała niecka i szafliki, w niecce rodzice ją myli kiedy jeszcze była małym dzieckiem, potem kąpała się w swoim ulubionym szafliku chwilę szukała go, wzrokiem znalazła i nalała wody do niego, przyniosła jeszcze dwa wiadra wody podgrzała nieco a gdy woda była już ciepła rozebrała się i weszła do szaflika, mydło leżało obok, przy rozpakowywaniu poczuła lekko jabłkowy zapach, kilkunastoletnie mydło Freya pachniało jak nowe. Namydlając się czuła wyraźniej jego piękny zapach. Kilka razy je powąchała.

W szafliku kąpiel dawno niemodna,
ktoś łzę uronił, ktoś pożałował,
miła jest nawet gdy woda chłodna,
odkryją gesty, odkryją słowa.

Opowie słowik rannym śpiewaniem
i chociaż dumny, wstydliwie sfrunie,
jakby się śpieszył do ukochanej
aż z oczu zniknie z pierwszym poszumem.

Tu plusk zostanie i mydła zapach,
spóźniony uśmiech, cienka zasłona,
kropelka wody i okruch świata,
ciche westchnienie nieprzepłoszone.

Ubierając się dostrzegła na podłodze dwie pestki, były to pestki Aialii które wypadły z zagłębienia jej sukni. Były białe jak wówczas

gdy je ujrzała po raz pierwszy ale teraz na obydwóch widać było bardzo dużą ilość jakby ścieżek, drobnych i gęstych. Małgosia podjęła je i położyła na komodzie. – Zasadź, – Aialie? Pestki? –Tak. – Zasadźmy razem Andiro, na podwórzu, wyrosną? – Mhm. – Wyleję Andiro wodę z szaflika, po chwili Małgosia niosła dwa kubełki a Andiro szaflik wodę wylali na gęste trawy rosnące niedaleko malin. Potem Andiro z wierzchu a Małgosia w środku wyczyścili go i wypłukali. Wzięła pestki Aialii pomyślała do Andira żeby z nią poszedł, na jednej z desek komórki, na gwoździu zawieszona była mała łopatka ogrodnicza, zdjęła ją, spojrzała na prawo od alei kwiatów,
tak gdzieś za połową podwórza rosła śliwka lengroda Andiro szedł za Małgosią,odwróciła się w lewo stając przed nią przodem na mniej więcej dwa metry zrobiła niewielki dołek, pogłaskała ziarenko i chwilę patrzyła na nie z radością, wsadziła je, zasypała dołek, popatrzyła na Andira i kilka metrów obok idąc szerokością podwórza zrobiła następny tak jak tamto tak i to przed posadzeniem pogłaskała. Andiro przyglądał się temu przez cały czas.Przytulili się a gdy wypuścili się z objęć zza płotu dostrzegli panią Leokadię i bardzo wysokiego mężczyznę który niósł trzy duże pudła tekturowe. Małgosia rozpoznała w nim swojego dawnego przyjaciela i towarzysza wypraw, tych nogami i tych rowerowych.
Piotrek! – Piotrek jak ty urosłeś, – Małgosia!, zamiast postawić to zrzucił pakunki, jakoś tak pośpiesznie i trochę niezdarnie, – Piotrek... zaprotestowała pani Genowefa przeciwko takiemu traktowaniu rzeczy. Mężczyzna szybko poprawił pudła, po czym ujął swoimi dużymi rękami drobne ręce Małgosi z promienistą twarzą bezceremonialnie patrzył na nią od góry do dołu zaraz po tej ,,lustracji\'\' obściskał ją i wycałował, także i ona zostawiła kilka pocałunków na jego policzkach, uścisnęła go dopiero wtedy gdy on zwolnił swój uścisk. – Piotrek jak się cieszę chodźmy do domu, Andiro wziął jedno pudło, Piotrek drugie a Małgosia z panią Genowefą trzecie.
–To ten pan przysłał Małgorzatko ( Małgorzatko) Małgosia sobie przypomniała że tak właśnie zwracała się do niej pani Leokadia. – Który pan pani Leokadio? – A ten co to wynajmowałaś u niego pokój, z Lublina przysłał. Aha. – O tu pani Leokadio postawmy, na tych dwóch. Małgosia podeszła do Andira, – jak wy ładnie wyglądacie, prawda Piotrek? –Tak. –Dziękuję, dziękujemy no i za pomoc przy tych pakunkach. – Oj tam Małgorzatko nie ma za co dziękować tylko zdaje mi się że na policję trzeba będzie zgłosić że się odnalazłaś bo artykuł był w gazecie kilka miesięcy temu o twoim zaginięciu, ale na przekór tego co się mówiło czułam że wszystko jest dobrze. Jest dobrze pani Leokadio, bardzo dobrze, popatrzyła na Andira tak, potwierdził z uśmiechem, – o tak, tak widzę moje gołąbeczki. – Chodź Piotrek bo przecież w pole jeszcze trza iść, ano trza. Starsza pani i postawny mężczyzna oddalili się ku sąsiedniemu domostwu, Andiro z Małgosią odprowadzili ich pół drogi wzrokiem.
Gdy przystąpili do rozpakowywania pakunków to w tym co stało na górze w kopercie znalazła dowód osobisty, prawo jazdy pierścionek z rubinem i naszyjnik z koralików, dłuższą chwilę przyglądała się tym rzeczom po czym odłożyła na stolik. Później ukazywały się spodnie, sukienki, bielizna, spódnice, bluzki, kilka swetrów w tym dwa białe golfy, w środkowym pudle szczególnie dużo było wiosennych i letnich sukienek oraz różnego rodzaju spodni a w tym na samym dole było kilka garnków, czajnik blaszany kilka szklanek, kubków, patelnia i artystycznie zrobione figurki które już dawno temu obdarzyła sentymentem. Uśmiechnęła się na to wszystko a po chwili spojrzała jakby czegoś jeszcze brakowało, w prawym kącie pudełka na samym dnie leżała porcelanowa laleczka z pozytywką – jest, nakręciła i postawiła na regale – gra – piękna. –To pamiątka rodzinna, moja babcia dostała ją od swojej mamy, mojej prababci, babcia dała ją mamie a mama dała ją mi ot tak bez okazji, przyszła z samego rana do mojego pokoju opowiedziała mi o niej włączyła pozytywkę i pocałowała a ja nakręcałam ją patrzyłam i patrzyłam jak się obraca... – Ja też tak mogę patrzeć Małgosia ale czekaj tu jeszcze jakaś koperta jest, gruba koperta z napisem: od smutnego pana napisana niezbyt wprawnym charakterem pisma. – Ach, tak to pewnie te pieniądze a to pismo to moje... – Pójdziesz Andiro ze mną do komórki? – Po rower? –Tak, – tak pójdę, – idziemy? – Czekaj, przebiorę się. Beżowa sukienka w jednej chwili znalazła się na podłodze, pod nią była naga, jednak tylko przez chwilę,
bo z jednego z pudeł wyciągnęła zgrabne zielone figi i różowy stanik. – Na ziemi będę nosiła te rzeczy – Są ładne... – Podobają ci się? –Tak, nałożę Andiro jeszcze spodnie i bluzkę, różowe spodnie na gumkę będą chyba pasowały no a to jest bluzka do niej jasnoniebieska ładna? –Taka trochę harcerska,– tak właśnie taka jest. Roześmiali się w tym samym momencie. Podniosła beżową sukienkę, wygładziła w dłoniach i schowała do szafy. – Andiro, na cmentarz będę jechała, – rowerem? –Tak Pelikanem. Drzwi komórki nie były zamknięte na kłódkę, choć wisiał na nich skobel i nie brakowało haka to kłódki nie było w środku było dosyć ciemno małym oknem od północy z kilkoma grubymi metalowymi ramami wpadało niezbyt wiele światła. To miejsce było jednym z tych w których czas zdawał się przemykać obok, można tam było spędzić minutę albo cały dzień i chętnie się tam wracało. Niebieski pelikan stał tam gdzie go niegdyś postawiła oparty kierownicą o grubą krokwie zdawał się czekać na swoją małą właścicielkę. Drgnął teraz jakby rozpoznając ją w pięknej kobiecie.
Rower był zakurzony a w kołach nie było powietrza, ale była pompka, Andiro wyjął ją, – nie nie, ja sama... tylko przetrę go trochę, obydwa koła bez większego trudu dały się napompować. –Teraz kwiatki, z alei kwiatów nazrywała cynie, bratki i goździki i zrobiła z nich dwa duże bukiety, domocowała starannie do bagażnika Andiro podniósł siodełko tak wysoko jak się już tylko dało . Małgosia wsiadła i pojechała do pobliskich Niemiec po znicze, lampki i zapałki. Płacąc za nie poczuła że człowiek który kiedyś przyniósł jej kopertę z pieniędzmi chciałby aby położyła od niego wieniec i znicze. Oczywiście nie wiedział gdzie ona teraz jest, jednak czuła że tego chciał, wybrała jeden duży wieniec i dwa znicze, zapytała się sprzedawczyni o sznurek a że go akurat miała to domocowała go nim do roweru.
Jechać tak nie bardzo się dało, postanowiła więc powoli prowadzić rower aż do bramy cmentarza parafialnego.



Rozdział X Spotkanie
Widać było jak młoda kobieta kładzie niewielki bukiet, potem wieniec i zapala znicze chwilę stoi po czym wyciąga ręce tak jak to czynił Andiro, zapalony niedawno płomień zaczął się nierównomiernie chybotać, przez chwilę zdawać by się mogło że zgaśnie jednak tak się nie stało, płonął teraz równomiernie. Małgosia zapłakała ale jej twarz choć we łzach promieniała radością.
Wyglądało jakby chciała zdjąć buty i zrobić dwa kroki na przód.

...To nie wiatr swawolny
i nie mgły szarobiałe,
idą ku mnie powolnie,
serce drży oszalałe.

Tyle pragnę powiedzieć
i tak mocno się wtulić,
obok kwiaty i wieniec,
włosy gładzi dłoń czuła.

Po policzku łza spływa,
cudem, szczęściem przyzwana,
błogie ciepło mnie skrywa,
dotyk rąk ukochanych.

I westchnienie co z piersi,
samo gdzieś się wyrwało,
tak odległe, dziewczęce
a z początku nieśmiałe.

...Powracacie... a nie wiem
ile chwila ta trwała,
ziemia mieni się śniegiem,
mieni mgłą szarobiałą.

Spojrzała lekko w lewo i lekko w prawo, przestąpiła odrobinkę do przodu po czym zdawać by się mogło że przylgnęła do niewidocznych postaci a jej włosy poruszały się tak jakby je ktoś głaskał.
Później usiadła wyglądało że słucha kogoś, choć nikt z przechodzących nie widziałby i nie słyszał nikogo z mówiących. Potem i ona mówiła, lekko się uśmiechała, kilka osób z politowaniem pokiwało głowami wymieniając się spostrzeżeniami jednak nikt nie podszedł.
Siedziała i opowiadała coś jeszcze jakiś czas, potem wstała i wyglądała jakby kogoś obejmowała, po czym wtuliła się mocno
do niewidocznych postaci. Płomień świecy zachybotał choć wiatru i tym razem także nie dało się odczuć. Małgosia otrzepała się, wzięła drugi bukiet i znicze i zwróciła się w inną część cmentarza, gdy dochodziła na grób babci i dziadka oni już na nią czekali, położyła nieskładnie co miała ze sobą, po czym zrobiła jeszcze kilka kroków i przytuliła się do nich. Dziadkowie zachwycali się jej włosami odkąd tylko pamiętała, czuła jak je gładzą, obróciła się mimowolnie jak to robiła gdy była małą dziewczynką pokazując dziadkom jaka jest ładna i tym razem usłyszała pochwałę, przypominając sobie o bukiecie podjęła go i podała im a ten powoli opadał tam gdzie było jego miejsce, zapaliła znicze i usiadła obok, rozmawiali, czuła w ich obecności ten sam spokój który odczuwała jako dziecko, czuła radość z tego spotkania, czuła się lekka, pożegnawszy się poszła w kierunku bramy cmentarza przed którą pozostawiła starego Pelikana. Rower czekał gotowy do jazdy.
Zmierzchało już, Małgosia włączyła dynamo,
odkąd tylko pamiętała lubiła jeździć wieczorem, pod góry było wtedy o wiele łatwiej wjechać, a na prostej drodze jeździła szybko i lekko tak też jechała i teraz, wjeżdżając na podwórze zobaczyła policyjny radiowóz i przejętą panią Genowefę szybko gestykulującą i tłumaczącą coś jednemu z policjantów, obok stał Andiro. Małgosia była cały czas wzruszona i przejęta spotkaniem z rodzicami, babcią i dziadkiem w jednej chwili opowiedziała o tym Andirowi darem otrzymanym od Mgławicy, Andiro uśmiechnął się podszedł i przytulił ją, policjant stał chwilę jak zahipnotyzowany dopiero gdy Małgosia się przywitała odpowiedział na nie lekko niedbale. – Małgorzata Bożodrzewska? – Tak – dowód poproszę, – dobrze ale proszę może panowie wejdą, – niech pani przyniesie, nie będziemy wchodzić a pani zwrócił się drugi z policjantów młodszy aspirant do pani Genowefy może już iść – Aha to do widzenia, – do widzenia. – Chodzi nam o pani zaginięcie, z dokumentów wynika że zaginęła pani kilka miesięcy temu, policjant spojrzał na jeden z dokumentów, pięć miesięcy...

słucham co ma pani w tej sprawie do powiedzenia. – Zakochałam się Małgosia wskazała na Andira na co Andiro lekko ukłonił się policjantom, – czyli przebywała pani poza miejscem zamieszkania z własnej nieprzymuszonej woli? – Tak. – Z narzeczonym?–Tak. Policjant badawczo spojrzał na Andira na co Andiro kiwnął głową. – A jak pani wytłumaczy że przez cały ten czas się nie ujawniła? – Jestem dorosła, – dorosła! Ale telewizji pani nie ogląda? gazet nie czyta?
Wie pani ile wyniosły koszty poszukiwań co pani w kosmosie była?! Drugi z policjantów zaśmiał się głośno –Tak, – co tak?! Chce pani być obciążona kosztami? Dzisiaj wypiszę wezwanie na Komendę złoży pani oficjalne zeznanie ale w zasadzie to wszystko,
do widzenia – do widzenia.
Usiedli na kanapie, Małgosia wsparła głowę na ramieniu Andira i myślała sobie o błękitnobiałym malachicie który pozostał w strumyku w Piasecznie. Mimowolnie obraz ten przywoływał uśmiech na jej twarzy
O Selai z koszykiem poziomek, znów się uśmiechnęła dostrzegając wzajemne podobieństwo gdy była jeszcze dzieckiem.
– Nie spicie jeszcze? Małgosia? – Nie, nie pani Leokadio jutro niedziela do kościoła będę szła z Piotrkiem a wy też na dziewiątą? –Tak, chyba tak...Małgosia popatrzyła na Andira z takim pytaniem w oczach że pani Leokadia zdawała się tym onieśmielona, – jak chcecie to możecie na dwunastą...,– na dziewiątą pani Leokadio pójdziemy – mhm przytaknęła Małgosia. Kiedy pani Leokadia wyszła Małgosia znów przywarła do Andira a po jakimś czasie dała się ułożyć na kanapie i rozebrać do bielizny, stanik rozpięła, Andiro zdjął galanteon a potem jej zielone figi. Usnęli. Kogut pani Leokadii i tym razem nie omieszkał obwieścić świtu, Małgosia podeszła do bieliźniarki wyszukała bielizny w jednym kolorze, białej bluzki z żółtymi paskami i białych spodni z materiału z żółtym guzikiem, chociaż była czysta ochlapała się wodą, lubiła. Każde ubranie które by nosiła zabrudzić się mogło tylko na chwilę potem samo stawało się czyste, nie przepacało się i nie matowiało. Galanteon Andira wyglądał tak samo jak wtedy gdy zobaczyła go po raz pierwszy wiedziała że nie jest zbyt odpowiedni jako strój wyjściowy, zanadto przypominał kombinezon,

ponadto był jedynym ubraniem jakie miał Andiro choć jego środkowa część zawierała
w sobie coś co przypominało męskie slipki.
Andiro uśmiechnął się czytając myśli Małgosi.
–Ten strój noszę od zawsze. Andiro zdjął galanteon i przechlapał się w tej samej wodzie co Małgosia. Ledwo się ubrał a zapukała pani Leokadia z Piotrkiem, Piotrek Kozakowski był jedynakiem, jego mama pochodziła z Bychawy a ojciec syn pani Leokadii, rolnik z dziada pradziada. Przez lata zajęci rolą odłożyli trochę grosza i wybrali się w podróż na Mazury na których jak do tej pory jeszcze ani razu nie byli. Pani Leokadia i Piotrek byli trochę zdziwieni i jakby zawiedzeni że Andiro wybiera się do kościoła w tym samym ubraniu w którym go cały czas widywali, za to strój Małgosi podobał się zarówno Piotrkowi jak i pani Leokadii.– No to chyba możemy iść, daleko nie mamy ale trochę drogi zrobić trzeba, dla pani Leokadii półtora kilometra nie było wielkim wysiłkiem ale zwyczajnie by chciała czasem tą drogę w łatwiejszy sposób przebyć. Tymczasem gdy jej syn wiele lat temu próbował zrobić prawo jazdy i kilka razy nie zdał to zrezygnował.
synowa nawet nie próbowała a Piotrka jak złapała kiedyś policja podczas gdy motorem jechał bez prawa jazdy po Lublinie to chociaż do kolegi miał mniej niż sto metrów to i tak motoru nie dali do niego zaprowadzić a wezwali lawetę, parking strzeżony, potem kolegium, wiele razy sobie potem myślała że z dwojga złego gdyby wtedy zamiast policji jakich łobuzów spotkał to dałby im na dwa czy trzy tanie wina i by go zostawili w spokoju a tak na koszty musiał sprzedać motor. Pani Leokadia nie rozumiała czemu karać jak nie ma szkody, jeździł to jeździł, co z tego że nie miał uprawnień, umiał, dobrze jeździł, marzył o motorze to jak można było chłopakowi bronić, z drugiej strony cieszyła się że zatrzymał się wtedy do kontroli, też motorem syn jej koleżanki z drugiej wsi nie miał prawa jazdy bojąc się tych kosztów zaczął uciekać przed policją na zakręcie żwir był przewrócił się i kilka miesięcy spędził w szpitalu a znała podobne sytuacje jak już nie dało się ratować, łzy same naszły jej do oczu na to prawo, na tą niesprawiedliwość.


Skarga pani Leokadii była słyszalna i dla Małgosi i dla Andira, jedynie jej wnuk nie wiedział co się dzieje. – Zamyśliłam się, chodźmy już bo się spóźnimy.

Liczba czytań: 338 || Liczba głosów: 0
Prześlij link do tego wiersza znajomemu:
Email:
ostatnio dodane wiersze
1. przeslanie
2018-01-17
2. dzien babci
2018-01-17
3. ***
2018-01-16
4. stan wojenny
2018-01-16
5. solidarnosc
2018-01-16
6. Panie Administratorze
2018-01-15
7. swieta
2018-01-15
8. narodziny pana
2018-01-15
9. milosc po grob
2018-01-15
10. pamiec
2018-01-14
11. wzloty i upadki
2018-01-14
12. oswiadczenie jadwigi
2018-01-14
13. ***
2018-01-14
14. chrzest litwy
2018-01-14
15. ***
2018-01-13
16. ***
2018-01-13
17. kanion zycia
2018-01-13
18. kruszyna
2018-01-12
19. cialo bez duszy
2018-01-12
20. ku zdrad konca
2018-01-12
21. zycie
2018-01-12
22. krew
2018-01-11
23. ulani
2018-01-11
24. atak
2018-01-11
25. ***
2018-01-11
26. kazimierz
2018-01-11
27. korona
2018-01-10
28. unia polsko litewska czesc dalsza
2018-01-10
29. unia polsko litewska
2018-01-10
30. pokora
2018-01-10
31. unia
2018-01-10
32. Serce
2018-01-09
[Home][Autorzy][Rejestruj się][Regulamin serwisu][Kontakt][Zgłoś naruszenie]


Copyright © 2006 - 2018 PoemProject