PoemProject PoemProject PoemProject
SZUKAJ:     Tytuły  Autorzy    
Home
Dzisiaj dodane
Dodane w tygodniu
TOP
Pokaż tomiki
Autorzy
O PoemProject
Historia
Regulamin serwisu
Patronat medialny
Współpraca
Forum PP
Kontakt
Login:
Hasło:
Rejestruj się
Zapomniałem hasło
Ala
Każde słowo tworzy rozsterka oczekiwania i nadzieja poranka.Nieważne k...
...więcej...
Gości online:
51
Liczba wierszy w serwisie:
24434
PARTNERZY SERWISU:
Kongres Kultury Polskiej
Śródmiejski Ośrodek Kultularny w Krakowie
Fragile - pismo kulturalne
Beata Skulska-Papp
888
Tragikomiczna historia panny Moir

Gdy nadchodził wieczór cichy
(gasło szybko światło dnia
cienie zewsząd wyszły czarne)
scierpła dziwnie skóra ma.

Ojciec mój był kupcem chwackim,
co nie bojąc zbója się,
na wojaże ekwipażem
jeździł precz, ostawiał mię.

Matuleńka moja droga,
chociaż młoda jeszcze była,
dawno od nas już odeszła,
domem jej od lat mogiła.

Sama zatem w domu będąc,
zasłuchana w wiatru głos,
czułam skóry mej cierpnięcie,
stawał na mej głowie włos.

Granat nieba jednolity
rozwiał księżyc światłem trupim,
chmury kształty na podłodze
pożywieniem myślom głupim.

Sięgłam ręką drżącą lekko
chcąc wieczorną rozwiać czerń
chybotliwy ognia płomień
rozdarł ciemność niczym cierń.

Lecz gdy weszłam do sypialni,
grozy szpon pochwycił mnie,
zimny pazur przerażenia
ślad zostawił w serca dnie.

Rozejrzałam się wokoło,
źródło strachu ujrzeć chcąc,
nic nie widząc w łoże padłam,
przy zdrowaśkach w pół się gnąc.

Gdy odzienie z się zrzuciłam,
by w koszulę odziać się,
nagły podmuch zgasił ogień,
w czarny całun tuląc mię.

- Czy-li jest kto? - głosem drżącym
w mrok komnaty cicho rzekłam,
ręką błądzac za okryciem,
gdyż o cnotę swą się zlękłam.

Naraz kształt się z ściany snuje
- w moim domu przybysz groźny!
Na dwór rozum każe uciec,
lecz jest wieczór arcymroźny...

Patrzę z lękiem na straszydło
co mnie wzrokiem swem świdruje,
chociaż naga i bezbronna,
krzyczeć: larum! wciąż próbuję.

W świetle luny skóra trupia
blaskiem pali oczy me,
czarne węgle wielkich oczu
na wskroś przebijają mnie.

Postać chuda i wysoka,
członki zwinne i podstępne,
usta drwiące, choć zmysłowe,
odsłaniają kły występne.

- Nie bój się, o miła moja -
w słodkie słowa wampir rzecze
- Daj mi jeno godzin parę
i cię cnota nie zapiecze!

Oburzyłam się w te słowa,
potępieniec ów występny
za nic mając konwenanse
śmie dziewczęciu czynić wstręty!

- Słuchaj Waćpan! - głosem wątłym -
drżąc - próbuję mówić śmiało
- Stryj mój organistą w farze,
nie nastawaj na me ciało!

Wampir w śmiech uderza brzydki
kłami we mnie mierząc jawnie
przysuwając się pół kroku
szyję mą pochwyca wprawnie.

- Nie, na Boga! - krzyczę biedna
ciało złego przy się czując
Co, gdy ogłuchł na me prośby,
skórę ciepłą kontemplując.

- Mmm, kochanie - mruczy świnia -
cóż za rozkosz budzisz w mnie,
od lat całych zimny jestem
tak i w nocy, jak i w dnie.

Teraz, gdy Cię pochwyciłem,
nie pozwolę uciec Ci,
będziesz ze mną w trumnie sypiać,
kły szorować będziesz mi.

- Rozpustniku! - mówię bez tchu,
w namiętności się smakując
- Zemsta niebios cię dosięgnie!
Nie usłyszał, atakując.

Cóż za czasy dziś nastały
gdy panienki przyzwoite
w swech alkowach ostawione
grzechy czynią rozmaite!

- Muszę spocząć! - chrypie wampir
bledszy niźli śmierci kum,
ja - radosna i wesoła -
swojej krwi wciąż słyszę szum.

- Dalej, łyknij! - wołam szczerze
i podsuwam szyję swą,
wykończony wampir blady
ledwie zębem dotknął ją.

- Choć to nie jest w moim stylu -
mówi godnie żywy trup
- Zdrzemnę tutaj się momencik,
Później skonsumuję łup.

Otuliwszy się pierzyną
poszli z Morfeuszem w tan,
obejmując się gorąco,
ludzka panna i jej pan.

- Co to znaczy?! - ryknął ojciec,
nagle w drzwiach zjawiając się.
- Słońce stoi już wysoko
a ty wylegujesz się?!

Poderwałam się gwałtownie
czując słodki ciężar grzechu,
czując się na ciele dziwnie
i nie mogąc zrobić wdechu.

- A więc sen to! - mówię do się,
cieszyć się starając szczerze
- Muszę z księdzem się rozmówić,
piętno szybko to zabierze.

Przeciągnęłam się rozkosznie,
odrzuciłam kołdrę z siebie;
choć zmęczona niepomiernie,
wszakże czułam się jak w niebie.

Wtem spojrzałam na swe łoże,
i w okrzyku głos mój skonał,
widząc popiół przy swym boku
w lot pojęłam smutny morał.

Mój kochanek z kurem pierwszym
istnieć przestał ranka tego
- lecz znaczona pocałunkiem
ja przejęłam schedę jego.

Liczba czytań: 463 || Liczba głosów: 0
Prześlij link do tego wiersza znajomemu:
Email:
ostatnio dodane wiersze
1. Kształty i cienie
2018-05-25
2. Wspomnienia
2018-05-25
3. Lekcja muzyki
2018-05-25
4. Tydzień z Tobą
2018-05-25
5. Znaczenie słów
2018-05-25
6. Gdzieś tam...
2018-05-24
7. Przez różowe okulary
2018-05-23
8. Lubię...
2018-05-23
9. Nagość
2018-05-23
10. i nie tylko
2018-05-23
11. Cudowna z czy bez
2018-05-22
12. O miłości nietylko
2018-05-22
13. Zwierciadło pragnień
2018-05-22
14. W kajdanach
2018-05-22
15. Scaleni
2018-05-22
16. Pod zdziwioną gwiazdą
2018-05-21
17. Pokochanie
2018-05-21
18. W bezdechu
2018-05-21
19. Szukając Eurydyki
2018-05-21
20. Fizyka duszy
2018-05-21
21. Zachód
2018-05-20
22. Zagubieni
2018-05-20
23. Tobą
2018-05-20
24. Takt miłosny
2018-05-19
25. Bunt
2018-05-18
26. Aragorn - Strażnik Północy
2018-05-18
27. Arwen Undómiel - Gwiazda Wieczorna
2018-05-18
28. Że krótko
2018-05-18
29. Wiedzieć
2018-05-18
30. W poszukiwaniu sensu
2018-05-17
31. Spoglądając w Ciebie
2018-05-17
32. Zdefiniowany świat
2018-05-17
[Home][Autorzy][Rejestruj się][Regulamin serwisu][Kontakt][Zgłoś naruszenie]


Copyright © 2006 - 2018 PoemProject