PoemProject PoemProject PoemProject
SZUKAJ:     Tytuły  Autorzy    
Home
Dzisiaj dodane
Dodane w tygodniu
TOP
Pokaż tomiki
Autorzy
O PoemProject
Historia
Regulamin serwisu
Patronat medialny
Współpraca
Forum PP
Kontakt
Login:
Hasło:
Rejestruj się
Zapomniałem hasło
Kashmirea
Zdjęcie autora - kliknij aby zobaczyć powiększenie
Kobieta w połowie jest małym kłamstwem,w połowie prawdą a w całości wi...
...więcej...
Gości online:
71
Liczba wierszy w serwisie:
24174
PARTNERZY SERWISU:
Kongres Kultury Polskiej
Śródmiejski Ośrodek Kultularny w Krakowie
Fragile - pismo kulturalne
Beata Skulska-Papp
888
W Plejadach

Karmiłaś ciszę błogim słowem,
na twarzy jeszcze mając świt,
a na ramionach włosy płowe,
myśli zaś twoich nie znał nikt.

Wieczór spozierał zza zasłony,
znacząc koło niej sobą ślad,
okrył już pokój, twoje dłonie
a potem cały lekko siadł.

I wtedy naraz zajaśniało,
jakby na chwilę stanął czas,
w powietrzu świecąc wirowało,
nieznanych barw migotał blask.

Poczułaś że się wolno wznosisz,
otwierał się świetlisty krąg,
Andiro w podróż cię zaprosił,
do innych lasów, innych łąk.

Opadłaś miękko jak aksamit,
dotknęła ciebie ciepła dłoń
i zanurzyłaś się myślami,
w nieznaną sobie dotąd toń.

Radość płynęła wokół ciebie,
było tak miło i bezpiecznie
i choć kochałaś bardzo ziemię
leciałaś już po drodze mlecznej.

Jaśniał gwiazdozbiór Andromedy,
rzęsy okrywał twoje sen,
w Plejadach już wstawał wtedy,
nieznany jeszcze tobie dzień.

Zbudziło cię różowe słońce,
i obok ciebie ciepło słów,
na Pleję z oczu twych patrzących
strzepnęłaś lekko resztki snu.

Gdy stopą dotykałaś Plei
Andiro ujął ręki twej,
błękitem się horyzont ścielił,
unosząc czasem śnieżną biel.

Cicho wymówił swoje imię,
ty dźwięcznie wymówiłaś swe,
gdy szliście i twą rękę trzymał,
czułaś się tak jakby we śnie.

Wokół pachniały białe lilie,
nad wami coś szczebiotał ptak,
ogromne słońce grzało mile,
na ustach ust poczułaś smak.

Oblał rumieniec ci twarz całą,
Andiro głaszcząc włosy twe
powiedział – ciebie pokochałem,
i chciałbym byś kochała mnie.

Po czym przytulił cię do siebie,
całując usta raz po raz,
odpowiedziałaś – ja też ciebie,
patrząc w zielonych oczu blask.

Szliście aleją orchidei,
co chwilę uśmiechając się,
muskając pod stopami zieleń
i patrząc na kończący dzień.

Przed wami było widać wzgórza,
usłane kwieciem białych róż,
a dalej domy i podwórza,
ogromne słońce zaszło już.

Z drugiej strony trzy księżyce
pośród wielu gwiazd jaśniały,
oglądałaś je w zachwycie,
tak szczęśliwa, zakochana.

Już w pobliżu chatka stała,
jakich wiele jest na ziemi,
a ty w nią tak spoglądałaś,
jakimś oczu rozrzewnieniem.

Kiedy w domu już byliście
jeden księżyc się rumienił,
wy na siebie patrzyliście
tak cudownie przytuleni.

Grały plejadiańskie świerszcze,
by zaprosić was do tańca,
z zaproszenia skorzystałaś,
by z Andirem tańczyć walca.

A na gwiazd srebrzystej harfie
wiatr snuł wolno nuty złote,
tańczył z wami i na palcach,
gdzieś zaszumiał jeszcze potem.

Tobie Pleja wirowała,
czułaś dotyk rąk Andira,
i w nim siebie odkrywałaś
karmiąc się rozkoszną chwilą.

W pocałunkach i westchnieniach
naga już się oddawałaś,
zanurzając szept w pragnienia
i miłością rozhuśtana.

A za oknem z trzech księżyców,
dwa się już zarumieniły,
z żółtym trzecim pod mgławicą
wspólnym blaskiem teraz lśniły.

W nieprzebranej namiętności
cała i co chwilę drżałaś,
ponad ziemią, nad wspomnieniem
nową rozkosz odkrywałaś.

Później błogo wyczerpana,
Andirona zapytałaś,
czy tak jak on ciebie kochał,
tak kochają Plejadianie.

Zakwitł uśmiech mu na twarzy,
dotknął twoich włosów płowych,
patrząc w ciebie rozmarzony
nie powiedział ani słowa.

Trzeci księżyc zaróżowiał,
wszystkie lśniły obok siebie,
wiatr się tam za chmurą schował,
echem wiejąc wciąż po niebie.

Na twych rzęsach sen przystanął,
zaraz okrył też powieki,
ziemia tobie się przyśniła,
na niej pola, na niej rzeki.

I strumienie coś szemrzące,
stare domy strzechą kryte,
mile kwiatów woń pachnąca,
miasto jeszcze mgłą spowite.

A na trawach krople rosy,
biegłaś róży kwiat trzymając,
poprawiałaś swoje włosy
do Andira uśmiechając.

A gdy wreszcie cię dogonił,
rozbawiony i bez słowa,
wyjął różę z twojej dłoni
i całował i całował.

A ty w niebo spoglądałaś
ustom dotyk pieszcząc szeptem,
drżąca błogo odpływałaś
i pragnęłaś płynąć jeszcze.

Zacisnęłaś mocno dłonie,
czując we śnie jak na jawie
ciała tak roznamiętnione,
pośród kwiatów w gęstej trawie.

A za chwilę obydwoje
płynęliście już po Wiśle,
a do ciebie przytulony
czytał sny Andiro w myślach.

Wschodził wolno Aldebaran,
wielkie Plejadiańskie słońce,
pojaśniało za oknami
i na ukwieconych łąkach.

Twarz ci pieścił promyk złoty
znikał już z twych oczu sen,
pełna życia i ochoty
powitałaś nowy dzień.

Powiedziałaś – wiesz Andiro
Pleja taka jest wspaniała,
tak cudowna i tak miła
lecz wspominam ziemię z żalem.

Na twym oku łza błysnęła,
w słońcu chwilę zajaśniała
i po twarzy ci spłynęła
tu na łóżko gdzie siedziałaś.

– Wiem Małgosiu, wiem kochanie
Andirono odpowiedział,
– gdzie chcesz z tobą tam zostanę,
– pomyśl tylko będę wiedział.

– Zabrać chciałabym ze sobą,
– cząstkę morza, cząstkę ziemi,
– mieszkać tu na Plei z tobą,
– pośród kwiatów i zieleni

– Chciałabym mieć psa i koty,
– chodzić rankiem brzegiem plaży,
– kąpać w Plejadiańskim słońcu,
– o czymś miłym sobie marzyć.

– I planetę swą rodzinną,
– czasem chciałabym odwiedzić,
– okryć tego komu zimno,
– wodzie miłość opowiedzieć.

– Ująć mgłę w otwarte dłonie
– a na wydmach szukać wiatru,
– patrzeć gdy ognisko płonie,
– i dotykać obu światów.

– Lecz czy mogę mój Andiro?
– Lecz czy mogę mój kochany?
– Ty mnie tutaj zaprosiłeś,
– ja tu z tobą pozostanę.

– Wiem Małgosiu tęsknisz wielce,
ale ona cicho szlocha,
– zostawiłaś cząstkę serca
– więc jak całym masz mnie kochać.

– Znów na ziemię polecimy,
– co ci drogie zabierzemy
– i na Pleję tu wrócimy,
– sny w marzenia ubierzemy.

– Dobrze, dobrze, tak Andiro
inna łza już zabłyszczała,
Plejadiańskie słońce lśniło
a ty go pocałowałaś.

–Teraz chodź na spacer proszę,
– o tamtymi alejami,
– gdzie te wielkie drzewa rosną
– z tak bujnymi koronami.

Ciepły deszcz zaczynał kropić,
głaszcząc w górze promień złoty,
muskał włosy, muskał oczy
i na pleję spływał potem.

I błękitny i go więcej,
a spłynęła już po niebie
przeogromna barwna tęcza,
on przytulił cię do siebie.

Patrzyliście w nią bez końca,
ona lśniła wam i lśniła
i aż o zachodzie słońca
za nim wolno też się skryła.

– Wiesz Małgosiu, – tak Andiro?
– Spójrz o ponad te księżyce,
– a zobaczysz już za chwilę
– piękną, lśniącą tam mgławicę.

– Tak już widzę kolorowa
– tam oblana jakby mlekiem
– w środku cała rubinowa,
– och jak bardzo jest daleko.

– Tak kochanie, to nie wszystko,
– będziesz chciała polecimy,
– usiądziemy przy niej blisko,
– aż swe oczy napatrzymy.

– To wspaniale, wiesz Andiro,
zamyślona spoglądała,
– jakże stąd ją widzieć miło,
– pewnie, pewnie, będę chciała.

Dom szeroko drzwi otwierał
jakby na ich powitanie,
czas już gwiazdy porozścielał
gdzieś na niebie migotały.

– Senna jestem wiesz kochanie,
– więc Małgosiu cię otulę
– i o teraz na dobranoc
– i o świcie pocałuję.

– A jak zechcesz późną nocą
– ciepłym zbudzę cię oddechem,
– spojrzę w twe błękitne oczy,
– ty odpowiesz mi uśmiechem.

– Och Andiro mój kochany,
– to leciutko będę spała,
– a gdy zbudzisz mnie, do rana,
– będę z tobą się kochała.

– Rankiem wielki Aldebaran
– będzie patrzył coraz dalej
– ale wstać nie będę chciała
– namiętnością wyczerpana.

– I przytulę się do ciebie,
– i cię jeszcze pocałuję
– a co dalej będzie nie wiem,
– we śnie z tobą powędruję.

– Małgorzatko, ech kochanie,
– Plejadianie nie śpią wcale,
– wiem tak tylko powiedziałam,
– a więc skąd ta nutka żalu?

– Bo cudownie jest Andiro
– oba sny westchnieniem złączyć,
– biegnąc gdzieś kwiecistą chwilą,
– później po niej miękko stąpać.

-Dostrzec cię na drugim brzegu
-jak wyciągasz do mnie dłonie
-i już nasze złączyć rzeką
-i policzkiem przywrzeć do nich.

– Wiesz Małgosiu ma kochana,
– zbiorę wkrótce swoje myśli,
– po pieszczotach aż do rana
– pierwszy sen mi się dziś przyśni.

– Sen jak twoje tak prawdziwy,
– potem więcej go, ich więcej,
– i w jaśminach czy igliwiu
– będą twarzą twą dziewczęcą.

– Będą tak wyraźnie płynąć
– jakby one nie snem były,
– za różami się ukryją,
– tam się wolno będą śniły.

-Ach Andiro tak się cieszę,
tu spojrzała w jego oczy,
– lecz posłuchaj proszę jeszcze
-pierwszy sen swój wyśnij w nocy.

– Teraz chcę czuć twoje usta,
– teraz chcę czuć twoje dłonie,
– na policzkach, ustach, biuście,
– mocno tulić kiedy płoniesz.

– Spijać wolno drżące słowa,
– po tym darzyć cię uśmiechem,
– pieścić znowu i całować
– wiedząc że to nie jest grzechem.

Pocałował Andirono,
dotknął płowych włosów jeszcze,
błogim szeptem czule wpłynął
budząc namiętności dreszcze.

– Ach Andiro drżę już cała
– twym oddechem, swą nagością
– kochaj, kochaj nie przestawaj
– oceanem i miłością.

– Patrzę teraz w twoje oczy,
– czuję pot powoli spływa,
– jak cudownie jest tej nocy,
– jestem taka...wiesz szczęśliwa.

– Będę ciebie znów pieściła,
– prężne, rozognione ciało,
– twe westchnienia mnie okryją,
– ciepło dłoni ukochanych.

– Spiję niby mokre słowa,
– jednej kropli nie uronię,
– a ty będziesz mnie całował
– pocałunkiem gdzieś wyśnionym.

– Ach Andiro mój ty słodki
– jakże ziemia jest daleko
– namiętności smak i dotyk
– drżącą coraz płynie rzeką.

– Spójrz zaczęło właśnie świtać,
– noc minęła tak wspaniała,
– Aldebaran nas powitał,
– znów będziemy się kochali.

– Tak, cudownie jest Małgosiu,
– jakże wczesna jeszcze pora,
– kochajmy się do południa,
– kochajmy się do wieczora.

– Zanurz usta pocałunkiem,
– zanurz usta swym oddechem,
– jako wielkim podarunkiem,
– spijaj słodycz bez pośpiechu.

– Okryj pełnią kobiecości,
– cwałuj gdy rozkoszą płonie,
– nie przestawaj i z miłością
– na mym torsie trzymaj dłonie.

– Faluj lekko potem śmiało
– niechaj szczęściem lśnią me oczy,
– aż dwa zwilgotnieją ciała,
– do wieczora tak, do nocy.

– Już jest wieczór mój kochany,
– już jest wieczór mój Andiro,
– a my błogo wyczerpani
– otuleni o tą chwilą.

– Razem teraz zasypiamy,
– rzęsy nasze mgła okrywa,
– twój ten pierwszy sen czekany
– tuż za moim snem przypływa.

– Złap mą wyciągniętą rękę,
– pobiegniemy po tej łące,
– patrz tam kwiatów rośnie więcej,
– spoglądają hen ku słońcu.

– Och gołębie dwa wyjrzały,
– zza tamtego spójrz obłoku
– oba białe poleciały
– niedościgłe już dla wzroku.

– Pewnie wrócą wiesz Małgosiu,
– zobacz teraz pod stopami
– jak się srebrzą krople rosy
– milsze jeszcze niż aksamit.

– Pobiegnijmy tędy po nich
– widzę dalej jakiś strumień
– słyszysz jak zza mgły zasłony
– on przyjemnie teraz szumi?

– Tak Andiro teraz słyszę,
– chodźmy mgła się rozpłynęła,
– wiatr obłoki dwa kołysze
– tak bym chętnie je dotknęła.

– Więc dotknijmy je Małgosiu,
– nim się gdzieś daleko skryją,
– czujesz jak się ze mną wznosisz?
– Czy ci dobrze jest? Czy miło?

– Tak wspaniale jest kochanie,
– jeszcze trochę wyżej wzlećmy,
– o, o teraz go dotykam,
– jaki mokry, jaki mleczny.

– A ten drugi tu przystanął
– jakby właśnie na nas czekał,
– to jest obłok zakochanych,
– niech poniesie nas daleko.

– Już jesteśmy, och jak miękko,
– ty uśmiechasz się Małgosiu,
– zadziwiona głaszczesz ręką,
– wiatr rozwiewa twoje włosy.

– Spójrz Andiro na te drzewa,
– słońce pieści im korony
– a tam jakiś ptaszek śpiewa,
– skryty liści jest zasłoną.

– O poleciał kolorowy,
– pióra srebrzą się i złocą,
– główkę całą ma brązową
– może wróci jeszcze potem.

– Ach jak tam się skrzy jezioro,
– jak łabędzie płyną po nim,
– mogę patrzeć do wieczora
– tuląc w dłoniach twoje dłonie.

– Dalej widzę jakby miasto,
– nad nim jeden księżyc świeci,
– jest skąpane w jego blasku,
– wiatr zaszumiał i poleciał.

Gwiazdy senne już wyjrzały,
jako perły, jak ogniki
a ty na nie spoglądałaś,
oczy karmiąc swe zachwytem.

Potem były coraz dalej,
jeszcze trochę migotały,
popatrzyły jakby z żalem
i za świtem się schowały.

A na kwiecie białej róży
usiadł obłok razem z wami,
wy zeszliście, on za wzgórzem,
gdzieś odleciał z obłokami.

Już przed tobą i Andirem
gęsta, mgielna ściana stała,
naraz jasno tak zalśniła
jakby ona was wołała.

– Podaj rękę mi Małgosiu,
– teraz szybko przebiegniemy,
– nim się ona tu rozproszy
– z drugiej strony już będziemy.

I okryła już ich dłonie
i okryła już ich całych
i wyjrzeli zza zasłony
między snem i między jawą.

– Jak ci się Małgosiu spało,
– sam wiesz przecież doskonale,
– razem z nami słońce wstało,
– głaszcze już nas promieniami.

Przeciągnęła się rozkosznie
i zaczęła lekko droczyć,
spoglądając tak radośnie
Andirowi prosto w oczy.

– Powiedz proszę mi Andiro,
– powiedz proszę cię kochanie,
– usta karmię tobą, chwilą,
– czy na zawsze tak zostanie?

– Wiesz bo chciałabym czasami,
– coś dla ciebie przygotować,
– pyszne zrobić nam śniadanie,
– potem zjeść je razem z tobą.

–Ach Małgosiu, tak jedzenie,
– nie znam jeszcze jego smaku
– ani czymże jest pragnienie
– prócz miłości i zapachów.

– Ale zbiorę swoje myśli
– i o tu Małgosiu miła
– tak jak sen co może ziścić
– pierwszy z tobą zjem posiłek.

– Lecz nie każdy, wiesz kochanie
– bo pokarm często skrywa ból,
– zwierząt, ptaków tylu dramat
– gdzieś na ziemi ale nie tu.

– Tu ich życie się nie kończy
– choćby tysiąc minęło lat,
– psy biegają po tej łące,
– kąpie się w strumieniu ptak.

– Czemu płaczesz? Ech kochanie,
– to są szczęścia łzy Andiro,
– że co piękne pozostaje
– i że nigdy nie przemija.

– Chciałabym dziś pójść na spacer
– i nad wodę i popływać
– oczy blaskiem jej napatrzeć,
– usnąć z tobą tam szczęśliwa.

– W śnie dotykać lekko ciszy,
– przy tym muskać ciepłe fale
– ptaków gwar radosny słyszeć
– i popłynąć jeszcze dalej.

Po dwóch stronach rosły lilie,
drzewa z wiatrem coś szumiały,
słońce śmiało się co chwilę,
gdzieś motyle poleciały.

– Patrz Andiro, co kochanie
– ludzie idą tam przed nami,
– och nie ludzie, Plejadianie
– a myślałam żeśmy sami.

– Nie wstydź się Plejadian Gosiu
– i się nie bój nic ich wcale
– nikt nie sprawi ci przykrości,
– nie przysporzy nikt ci żalu.

– Spójrz Andiro teraz proszę
– oczy figla mi płatają
– dzieci się nad Pleją wznoszą,
– o a teraz znów biegają.

– Pomyśl Gosiu: chcę do góry,
– aby ptaków nie przepłoszyć,
– patrz coraz bliżej chmury,
– już się zaczęliśmy wznosić.

– Ach Andiro tak jak dzieci
– my też latać potrafimy,
– słońce coraz bliżej świeci
– my lecimy ach lecimy.

– Tam niebieskiej wody fale
– migotają i spływają
– a gdy spojrzę trochę dalej
– to powoli już znikają.

– Tutaj usiąść chcę Andiro,
– gdzie tak błyszczą szafirowo
– i za tym promykiem płynąć
– co rozbłyska kolorowo.

– Och już teraz dotykamy,
– czy podoba ci się Gosiu?
– Tak cudownie pod stopami
– i opadać i unosić.

Ułożyli się na plecach,
chociaż dzień był to usnęli,
obok nich w dal wiatr poleciał
oni błogo wciąż płynęli.

Nocą arie grały świerszcze,
gęste trawy zapraszały,
a powietrze wciąż gorętsze
do kochania zachęcało.

Pocałunek złączył usta
i pieszczotę przywoływał,
po Małgosi nagim biuście
ciepły, miły dreszcz przepływał.

– Twoje palce, ach Andiro
– delikatne i tak śmiałe
– nie kończ się cudowna chwilo,
– tańcz rozkosznie moje ciało.

Pod wargami, pod językiem,
bezgranicznej w nas miłości,
rąk kochanych twych dotykiem,
oceanem namiętności.

– A w niej zapach twój chcę poczuć,
– podniebieniem smak ten słodki,
– widzieć błogość twoich oczu
– aż zostanie senny dotyk.

Nagą zieleń wiatr owiewał,
ranek srebrzył krople rosy,
plejadiański słowik śpiewał,
poprawiałaś sobie włosy.

– Zbudź kochanie się Andiro,
– słońce nurza w krąg promienie,
– popatrz widno już jak miło,
– nad drzewami mgła się ściela.

– Ach Małgosiu ukochana
– zmysły pieścisz me ustami,
– spałem błogo wyczerpany
– traw otulał nas aksamit.

– Teraz dotknij mojej dłoni
– a wzniesiemy się nad fale
– i będziemy tak je gonić
– by nam ciągle uciekały.

– Spojrzyj Gosiu o tam w górę,
– jak urocze są widoki,
– gdzie żurawie lecą sznurem
– wyżej płyną w dal obłoki.

– Usiądziemy na środkowym,
– niechaj leci razem z nami,
– horyzontem kaszmirowym
– wraz z innymi obłokami.

– Och jesteśmy już Andiro,
– tak jak wtedy gdy śniliśmy
– karmiąc oczy piękną chwilą,
– płynęliśmy, płynęliśmy.

Trzy księżyce wnet wyjrzały,
niebo gwiazdy rozścieliło,
jakby na nich spoglądały,
jakby do nich właśnie lśniły.

– Jaka tu Andiro cisza,
– wiatr pozostał gdzieś pod nami,
– ptaków dawno też nie słychać,
– my wtuleni pod gwiazdami.

– Witam was tu świata dzieci,
słowa wokół zajaśniały,
– gdzie zmierzacie? Lśniąc i świecąc
Gwiazda się ich zapytała.

– Witaj jasna nam Merope,
odpowiedział Andirono,
– do Wszechświata ciszy stropu
– za mgły tamtej już zasłoną.

– Więc kochani do Mgławicy,
– aby serca swe nacieszyć
– i by oczy też nasycić
– lećcie, lećcie świata dzieci.

– Ach Andiro Gwiazdy żyją?
– Ta rozmowa dźwięczy echem,
– może to się tylko śniło
– jak żegnała nas uśmiechem?

– To Małgosiu nie sen miły,
– ale czystość twego serca,
– żeby gwiazda przemówiła
– i zechciała mówić więcej.

– Ach Andiro, spójrz kochanie,
powiedziałaś mu w zachwycie,
– niech nasz obłok tu przystanie,
– piękną widać stąd mgławicę.

-Obiecałem ci, pamiętasz
-kiedy z Plei patrzyliśmy
-spoglądałaś uśmiechnięta
-teraz ona jest tak blisko.

– Ach Andiro, ach kochany
– jakby wielki rubin w środku
– co lśni w białym oceanie
– karmi oczy, karmi dotyk.

– I jak serce tak pulsuje,
– które jakże jest gorące
– naokoło promieniuje,
– barwą tęczy, barwą słońca.

– Zmysłów swoich nie policzę,
– gdyż przybyło ich aż tyle,
– tańczą wszystkie teraz w ciszy,
– i wachlują jak motyle.

– Lśnij przepiękna tu mgławico,
– my na Pleję już wracamy,
– między gwiazdy, poprzez nicość
– uroczymi bezkresami.

– Jestem śpiąca, wiesz kochanie,
– otul proszę mnie ramieniem,
– obłok będzie nam posłaniem,
– nim zaniesie nas na Pleję.

Wiatr powoli ich kołysał,
obok cisza tylko trwała,
ziemski księżyc raz zabłyszczał
ale ty go nie widziałaś.

– Zbudź Małgosiu się kochanie,
– ponad nami Aldebaran,
– popatrz chwilę tam przystanął,
– to już ranek, piękny ranek.

– Ach Andiro długo spałam?
– nie niedługo tylko chwilę,
– we śnie swym ziemię widziałam
– tak mi błogo było, mile.

Obłok przysiadł na polanie,
jakby senny jak i oni,
– pod stopami mamy Pleję,
– choć Małgosiu, choć kochanie.

Bosą stopą traw dotknęłaś,
jeszcze rosa się srebrzyła,
naokoło spoglądałaś,
naokoło tak popatrzyłaś.

Czułaś dotyk rąk Andira,
na swych ustach jego usta,
niekończąca trwała chwila,
deszcz popadał zaraz ustał.

Słońce grzało między drzewa,
horyzontem niosąc tęczę,
tam wysoko ptak coś śpiewał,
dzień wciąż robił się gorętszy.

– Patrz Andiro dom nasz widać,
– ja widziałem go z daleka,
– do mnie spałaś przytulona
– on już na nas wtedy czekał.

– Spójrz Małgosiu teraz w górę
– tam jak niebo lśni błękitem,
– takie czyste, tak bezchmurne
– tylko pięknem jest spowite.

– Och Andiro, widzę, czuję
– i jak pachną białe lilie
– i jak słońce spaceruje,
– dookoła jest tak mile.

– A przed nami dom nasz czeka,
– chodźmy szybko drzwi otwórzmy,
– wróciliśmy z gwiazd, z daleka,
– na tapczanie się połóżmy.

– Tu na łóżku jak na falach
– czuję lekkie kołysanie,
– sen podąża do nas z dala
– i otula jak aksamit.

Aldebaran tam przystanął
gdzie najgłośniej szumi rzeka
wy wtuleni, zakochani
słuchaliście jej z daleka.

Pierwszy księżyc się wynurzył,
trochę srebrzył, trochę złocił,
blask nadając wonnym różom
zniknął za drewnianym płotem.

– Zbudź Andiro się kochanie,
– popatrz dzień nas nowy wita,
– słońce pieści promieniami,
– naokoło kwiat zakwita.

– Rzeczywiście to już ranek,
– mile budzić się przy tobie,
– patrzeć w oczy twe kochane
– mając Gosiu cię przy sobie.

– Pomyśl teraz - jak promienie
– głaskać chcę tych drzew korony,
– wtopić się na chwilę w zieleń,
– być strumykiem roztańczonym.

– Ach Andiro czuję dreszcze
– i nie widzę siebie wcale,
– spływam z wiatrem, jeszcze, jeszcze
– ty nim jesteś, lećmy dalej.

– Teraz jestem kroplą rosy,
– czuję ciepło twoich dłoni,
– nagą w górę mnie unosisz
– w aromacie cudnych woni.

– Ponad nami widzę niebo,
– gdzie bezbrzeżna miłość płynie,
– która nie zna żadnych granic,
– która nigdy nie przemija.

– Jakże ziemi jest daleko,
– a jak blisko ono Plei
– czuję radość rwącą rzeką
– widzę tam Aniołów w bieli.

– Przez ten błękit cudny taki,
– promieniste lśniące serce,
– widzę tam zwierzęta, ptaki
– i dziewczęta uśmiechnięte.

– Kwieciem łąki są usłane,
– tak przepięknym, tak nieznanym
– i podobnym jak na ziemi,
– spójrz tam idą zakochani.

– Czuję dotyk ciepłej dłoni,
– ach to przecież ty Andiro,
– zobacz patrzą na nas oni,
– uśmiechnęli się, jak miło.

– Mgła powoli ich okryła,
– jeszcze do nas pomachali,
– jeszcze w niebo bym patrzyła,
– ale już go nie widziałam.

– Jestem nagą kroplą rosy
– a ty wiatrem ciepłym błogim,
– poprzez gwiazdy mnie unosisz,
– ziemię chcę odwiedzić z tobą.

– Nieś Andiro, nieś mnie proszę,
– tam gdzie świeci pierwsze słońce,
– uczyń znowu mnie kobietą
– na zielonej, wonnej łące.

– Usiedliśmy spójrz Małgosiu,
– jesteś cała w swoim pięknie,
– patrzę w twe błękitne oczy,
– słyszę bicie twego serca.

– Ach Andiro, ach kochanie
– już stopami traw dotykam,
– tu na ziemi ukochanej,
– i z tęsknotą i z zachwytem.

– Patrzę w górę – księżyc w pełni
– znów przechadza się po niebie,
– jakże teraz jest przyjemnie
– gdy tak tulisz mnie do siebie.

– Tam Andiro grają świerszcze,
– może na nas też czekały,
– nocą będą grały jeszcze,
– usną pewnie aż nad ranem.

– Palce twoje ach Andiro,
– teraz błądzą po mym ciele
– i rozkoszy trwają chwilą,
– i miłości w nich tak wiele.

– Teraz muskasz moje usta,
– a ja pragnę ciebie więcej,
– ręce twoje na mym biuście,
– trawy robią się gorętsze.

– Och jak czule we mnie wpływasz
– i wypełniasz aż do końca,
– jaka jestem tu szczęśliwa,
– tak chcę z tobą czekać słońca.

– Dać rozkoszy ci ustami
– błękit nocy księżycowej,
– i nagimi pragnieniami
– spijać roztańczone słowa.

– Tak jak teraz ach mój słodki,
– ani kropli nie uronię,
– ten cudowny smak i dotyk
– kiedy w ustach moich płoniesz.

– Popatrz gwiazdy już odchodzą,
– księżyc się przygląda w wodzie,
– zaraz w krąg się dzień narodzi,
– słońce spójrz, to słońce wschodzi.

– Dawno ciebie nie widziałam,
– a czasami tak tęskniłam,
– sercem zawsze cię kochałam,
– nocą zaś o tobie śniłam.

– Po tym samym chodzisz niebie,
– które widzieć znów tak miło,
– moje oczy patrzą szczęściem,
– wytęsknioną w gwiazdach chwilą.

– Choć Andiro nad jezioro,
– tu gdzie księżyc się przyglądał,
– późną nocą, wczesną porą,
– senny bardzo w nie zaglądał.

– Chcesz Małgosiu się wykąpać?
– Nie, chcę przemyć twarz i ręce,
– po tych trawach miękko stąpać
– i radować ziemią serce.

– Ach kochanie jest wspaniale,
– popatrz mokra jestem cała,
– woda zimna nie jest wcale,
– będę chyba się kąpała.

– Ja Małgosiu będę pływał,
– patrzył w ważki i motyle
– i kaczeńce z brzegu zrywał
– by przy tobie być za chwilę.

– Nagą, mokrą cię obejmę,
– w usta czule pocałuję,
– resztę ubrań swoich zdejmę
– i pieszczotę podaruję.

– Ach Andiro... Wiatr czy słyszysz?
– W dali szumią stare drzewa,
– ptaki sznurem poleciały,
– jeden tylko teraz śpiewa.

– Ludzie widzisz? Spójrz Andiro,
– obok nich ognisko płonie,
– chodźmy teraz, wszak już wieczór
– i ogrzejmy wspólnie dłonie.

– Dobry wieczór, -dobry wieczór,
– do nas tutaj zapraszamy,
– pierwsze gwiazdy już nam świecą,
– państwo tu przybyli sami?

– Tak z daleka, chodź i z bliska,
– ja Małgosia to Andiro,
– ciepło nam jest od ogniska,
– no i z wami jest tak miło.

– W dalszą drogę wyruszamy,
– za gościnę dziękujemy,
– może znowu się spotkamy,
– znowu ręce ogrzejemy.

– Patrz Andiro księżyc w pełni,
– tu strumyczek jakiś szumi,
– pozostawię mu tęsknotę,
– on wysłucha i zrozumie.

– Zostawiłaś? Tak kochanie,
– teraz wracać chcę na Pleję,
– szczęście moje nie ma granic,
– serce się wesoło śmieje.

– Więc wracamy już Małgosiu,
– tą uroczą piękną nocą,
– wiatr owiewa nasze włosy,
– gwiazdy srebrzą i migocą.

– Już jesteśmy, popatrz proszę,
– miły ranek jest na Plei,
– pod stopami krople rosy,
– niebem się obłoki ścielą.

– Jakże kocham cię Andiro,
– jesteś taki wiesz... wspaniały,
poszli śmiejąc się, całując
kwiaty cudnie im pachniały.

Liczba czytań: 1485 || Liczba głosów: 0
Prześlij link do tego wiersza znajomemu:
Email:
ostatnio dodane wiersze
1. Rozbitek
2018-02-17
2. ,, Sen "
2018-02-15
3. Miłość jest Boska i niepojęta...
2018-02-15
4. Cóż począć?
2018-02-14
5. niezwyczajnie naga
2018-02-13
6. o samotności
2018-02-13
7. Nie pamiętamy
2018-02-11
8. mysli i rzeczy w prawdzie ujete
2018-02-11
9. Noc zimowa
2018-02-10
10. Zdecyduj się wreszcie...
2018-02-10
11. ***
2018-02-09
12. zycie bez konca
2018-02-08
13. gaza
2018-02-08
14. Kochając ciebie zatraciłem siebie...
2018-02-08
15. Noc
2018-02-07
16. skąd mam wiedzieć
2018-02-07
17. skorupa
2018-02-06
18. (...) tylko marzeniem
2018-02-04
19. slowa
2018-02-04
20. slowa bozliwe
2018-02-04
21. ***
2018-02-02
22. Przepaść
2018-02-02
23. Puste niebo
2018-02-02
24. Odnajdę
2018-02-02
25. rod
2018-02-02
26. dzieki o panie
2018-02-01
27. uwierz w przyszłość
2018-02-01
28. ojczyzna ma kochana
2018-02-01
29. zlaczeni w milosci
2018-02-01
30. stanislaw nowakowski
2018-01-31
31. pójść za Księżycem
2018-01-31
32. O, Smutku!
2018-01-30
[Home][Autorzy][Rejestruj się][Regulamin serwisu][Kontakt][Zgłoś naruszenie]


Copyright © 2006 - 2018 PoemProject