PoemProject PoemProject PoemProject
SZUKAJ:     Tytuły  Autorzy    
Home
Dzisiaj dodane
Dodane w tygodniu
TOP
Pokaż tomiki
Autorzy
O PoemProject
Historia
Regulamin serwisu
Patronat medialny
Współpraca
Forum PP
Kontakt
Login:
Hasło:
Rejestruj się
Zapomniałem hasło
malaczarna
..............Jak dawno to było, gdy ktoś mnie poprosił, żebym coś o s...
...więcej...
Gości online:
21
Liczba wierszy w serwisie:
24434
PARTNERZY SERWISU:
Kongres Kultury Polskiej
Śródmiejski Ośrodek Kultularny w Krakowie
Fragile - pismo kulturalne
Beata Skulska-Papp
888
Dwór-Dawne zabawy.




"Hulaj dusza, piekła nie ma",
Bierz wsze dobro, w dłoń- obiema.
Póki śmierć się nie przytuli,
Złość swym jadem nie zamuli.


Polska ludzi radosnych, jak tradycja każe,
Zabaw nie przedkładano nad Boże Ołtarze,
Lecz cieszono się życiem, powszechnie bawiono,
I dla onej zabawy też sztukę tworzono.
Ta o szarej godzinie, była codziennością,
I nad wyraz obfita darowana gościom.

Kontakty towarzyskie jak woda, powietrze,
Niosły naukę, rozrywkę, informację jeszcze,
Były nośnikiem wiedzy, stąd gość był ceniony,
Jak dzisiaj w świecie media, w wiedzy nie ścigniony.
Wypatrywano gości z sąsiedztwa, daleka,
Każdy swoją innością miejscowych urzekał.
Zapraszany bez skutku, wtenczas go zwabiano,
A nawet z gościńca gwałtem porywano.
Polak starodawny bywał towarzyski,
W samotności szczególnie do załamań bliski,
Gwar i ruch lubił, zmianę wokół siebie,
Tą rozkoszną potrzebę życia, a czuł się jak w niebie.

Gdy rodziny nie miał,krewnych, to obcych zapraszał,
Dał gościnę dozgonną, serdecznie ugaszczał.
Gościł starych przyjaciół lub powinowatych.
Przygodnym znajomym nie odmawiał chaty,
Przypadkiem gdy gość zjechał, czuł się znakomicie,
Dawał utrzymanie, dach do końca życia,
Gdy nie miewał u siebie nawet rezydentów.
Spraszał wówczas sąsiadów, duchownych, innych prominentów,
Których mało ugaszczał, obdarzał sowicie,
Kochał szczodrość, gościnę, ponad swoje życie.
Polak sam jeść nie lubił więc spraszał do domu,
By się zbytkiem podzielić, nie jeść po kryjomu,
Sobkostwo uznawano, że wymysł nie polski,
Nie zrozumiały dla nas, niemiecki, angielski.
Domy nasze otwarte były nawet wrogom,
Azyl obowiązywał gdy wszedł naszym progom,
Protektorat włodarza narzucał przymierze,
Wpisaną w gościnność, postrzegane w wierze.

Monotonię codzienności gnębi do przesady,
Odwiedza rodzinę, nieznanych, sąsiady.
Osobowością, talentem nadrabiano w skutku,
Samotności smak gorzki, monotonię smutku.
Pozostawiał po sobie w dalsze pokolenia,
Frapującą opowieść, pieśnią świat odmieniał,
Przede wszystkim w poczuciu braterskiej wspólnoty,
Gdyż zmyślone koneksje kładły mury, płoty,
Pokrewieństwa szukając od Rzymian po Piastą,
W konkluzji szedł do wniosku, że w wielką urasta,
Rodzinę, stąd nigdy nie ponosił w nagłym najściu, sromu,
Iż czuł się w każdym dworze jak we własnym domu.
Każdy odjazd gościa niemal jak tragedie,
Stąd środki zaradne imają , powszednie,
Upijając stangreta, zdjęcie kół z kolasy,
Pito strzemiennego, różne wygibasy.
Strzemienny skuteczny, trwał aż do obiadu,
Od obiadu w kolacje ,tu zmuszał sąsiadów,
Na noc znowu pozostać. Obfite śniadanie,
Było dnia poprzedniego także powtarzaniem.
W dzień go zmogła gościnność, został na dni kilka,
Gdy dni kilka minęło, strzemienny do nocy,
Nocą bał się wilka,szczególnie w karocy.
Nieraz sąsiad, mieszkał kroków kilkanaście,
A kilometr do domu, wracał dni szesnaście,
Po drodze znowu dwory, od nowa gościna,
I poprzednie powtórki od nowa zaczynał.
Mógł tak wracać do domu aż kilka miesięcy,
Byli również mistrzowie, dużo, dużo więcej,
Gość w domu dawał pretekst do picia, jedzenia,
Obfitszego niż co dzień, dał możność tworzenia,
Nowych zabaw, rozrywek, nie brakło inwencji,
Nade wszystko z obu stron, zawsze twórczej chęci.
Gość był darem dla domu, stąd zachodu ogrom.
Stare polskie przysłowie: " Gość w dom i Bóg w dom".

W większych polskich majątkach, a w części
przemiennie,
Urządzano bale, w niektórych codziennie.
Bal zwykły, kostiumowy, sztuki wystawiano,
W pantomimach, operetkach, szaradach ,
się rozkochiwano,
Nie mówiąc o siurpryzie lub lubianej fecie,
Która w sukurs stawiała osobie przyjęcie,
Jej fotel ustrajano kwiatem girlandami,
Uczestnicy schodzili z powinszowaniami,
Składały się one często z recytacji,
Nierzadko w ważnej chwili, inscenizacji,
Patriotyczne mają w czasie niewoli ,
szczególne znaczenie.
Budząc ducha polskiego,niwecząc zwątpienie,
Fety bywały wstępem, w balu całonocnym,
U jednych codziennie, w innych jednorocznym,
Szczególnie gdy na wydaniu były młode panny,
Sprawowano dopóki świt powitał ranny.
Na dzień solenizanta gości nie spraszano,
Zjeżdżali się sami, od lat już wiedziano,
Iż stawić się mają godnie, sąsiedzi, rodzina,
Że w dniu takim i takim, w godzinie zaczynał,
Każdy miejsce przy stole miewał też te same,
Już od wejścia prowadził żonę, inną damę,
Choć bal bywał liczny i po pięćset osób,
Bywał często, pomylić nie było się sposób.
Wydawano więc bale, byle się zabawić,
Znajomym, domownikom przyjemności sprawić.
Wiele trzeba zachodu było wcześniej włożyć,
Miejsce balu i wystrój, pracę z sercem tworzyć.
Tam gdzie mieli pałace, twórcze piękne sale,
Pochłaniały też prace każde nowe bale,
Ozdobione malarstwem, różnych sztukatorów,
Girladem kwietnym ubrane, i festonów.
Lubiano przyozdabiać w draperie z muślinu,
perkalu,
Pod sufitem sprytnie upięte, dając nastrój balu,
Podtrzymane u dołu wiecznymi włóczniami,
Strzałami lub w kołczanem, samymi tarczami.
Na nich emblematy, stosowane sentencje,
Patriotyczne, osobiste, wpisane intencje.

Na dworach zachodnich zmyślano intrygi,
U nas zabawą miłą bywały kuligi.
Wypełniały długie i senne, wieczory zimowe,
I gościnną rozrzutność, zwyczaje piastowe,
Były formą zajazdu, barwny, hałaśliwy.
W zabawowej intencji, szczery i uczciwy,
Rozpoczynał wyjazd ,zwykle do sąsiada,
Ugoszczeni przez niego, z nim większa gromada,
Weseląc się, udaje na następne dwory,
A wąż sań się wydłużał, młodzież dla przekory,
Konno wokół sań pędzi.
Tak wędrował kulig przez cały karnawał,
Już wszystkie siły ludzkie wyczerpać wydawał.
Ochoty jednak brakło w przededniu Popielca,
Kiedy ryba zawisła na końcu widelca.

Kuligi możnowładców przepychem kipiały,
I tej zabawie klimat właściwie dawały.
Trębacze dają sygnał, kulig rusza rzędem,
Zrazu kłusem, to stępa, galopem lub pędem,
W przodzie kilku Tatarów, sanie w cztery konie,
Oddział drabantów zamykał, paradę w ogonie.
Kilka lub kilkadziesiąt, na każdym muzyka,
Z początku swe kawałki wygrywają z cicha.
Żydzi w kapel cymbałów, trębacze, fajfry,
Ukraińcy z teorbanami i z dworów janczary,
Sanie perskim kobiercem kryte, lampartami,
Sobolowe, różnymi drogimi futrami.
Koni u sań po cugu, strojne w czuby, pióra,
Kokardy i kutasy, szarpie wiatr, wichura,
W każdych saniach państwo zatopione w
w futrach,
Płci obojga, bez obaw, że zmarzną do jutra,
Konno młodzież dworska, setka ekwipażów,
W liberii hajducy siedzą dla kurażu,
Dobór koni, sani, i futer kosztowny,
Był nade wszystko pański i wielce wymowny.
Gdzie kulig tylko przybył, hojność gospodarza,
Klucz z spiżarni od pani, pan z piwnic obdarza,
Mogą brać podług woli, wszędzie gra kapela,
Chwilę tańczą, orszak w drogę, na nutkach wesela.
Nocą orszak gdy wracał, płonąca pochodnia,
Daje światło, jakby było wszystko za dnia.

U przywódcy kuligu młodzież się zbierała,
Na saneczkach wygodnie parami siadała.
I jak kazał obyczaj, przy świetle kagańców,
Ruszano w dom pierwszy, w strojach przebierańców,
A muzyka na każde była zawołanie,
Niosła razem z sanną, granie, granie, granie,
Wpierw do domu gdzie panien godne było grono,
W pełnych parach do tańca ,po izbach wiedziano.
Las nastrzępiony śniegiem, skrzył się brylantami,
Skrzypiąc cicho po śniegu, przemyka saniami.
Z dala tętent słychać, jak gdyby szwadrony,
Dźwięk dzwonków różnogłośnych, rozbrzmiewają dzwony,
Odgłos skocznej muzyki, z trzaskiem bicza wiedzie,
A na każdym woźiciel, powozi na przedzie,
Krzyki młode, wesołe, słyszano z daleka,
To i kmiotków wyległych przy drodze urzekał.
W otwartą wpadał bramę, pan też z naprzeciwka,
Z okna chyłkiem spogląda, utęskniona dziewka,
Jedna, piąta i szósta, będzie, będzie żniwo,
Wpadnij w oko, a wezmę ,z urodą o dziwo.
Przystrojone do tańca, po wstępnych grzecznościach,
Nić sympatii zawiązał w gospodarzach, gościach,
I zaczęły się tańce.
Często też przybywali goście przebierańce,
I z takimi ochoczo szły panienki w tańce.

Józef Bieniecki

Liczba czytań: 1307 || Liczba głosów: 0
Prześlij link do tego wiersza znajomemu:
Email:
ostatnio dodane wiersze
1. Kształty i cienie
2018-05-25
2. Wspomnienia
2018-05-25
3. Lekcja muzyki
2018-05-25
4. Tydzień z Tobą
2018-05-25
5. Znaczenie słów
2018-05-25
6. Gdzieś tam...
2018-05-24
7. Przez różowe okulary
2018-05-23
8. Lubię...
2018-05-23
9. Nagość
2018-05-23
10. i nie tylko
2018-05-23
11. Cudowna z czy bez
2018-05-22
12. O miłości nietylko
2018-05-22
13. Zwierciadło pragnień
2018-05-22
14. W kajdanach
2018-05-22
15. Scaleni
2018-05-22
16. Pod zdziwioną gwiazdą
2018-05-21
17. Pokochanie
2018-05-21
18. W bezdechu
2018-05-21
19. Szukając Eurydyki
2018-05-21
20. Fizyka duszy
2018-05-21
21. Zachód
2018-05-20
22. Zagubieni
2018-05-20
23. Tobą
2018-05-20
24. Takt miłosny
2018-05-19
25. Bunt
2018-05-18
26. Aragorn - Strażnik Północy
2018-05-18
27. Arwen Undómiel - Gwiazda Wieczorna
2018-05-18
28. Że krótko
2018-05-18
29. Wiedzieć
2018-05-18
30. W poszukiwaniu sensu
2018-05-17
31. Spoglądając w Ciebie
2018-05-17
32. Zdefiniowany świat
2018-05-17
[Home][Autorzy][Rejestruj się][Regulamin serwisu][Kontakt][Zgłoś naruszenie]


Copyright © 2006 - 2018 PoemProject